Gorące tematy: Wolni i Solidarni Smoleńsk Zostań BLOGEREM! RSS Kontakt
Uwaga! Wygląda na to, że Twoja przeglądarka nie obsługuje JavaScript. JavaScript jest wymagany do poprawnego działania serwisu!
51 postów 403 komentarze

Refleksje zrzędliwego emeryta

PiotrZW - Ślązak, katolik, socjalista

Twarze demokracji

ZACHOWAJ ARTYKUŁ POLEĆ ZNAJOMYM

Emerytowi zebrało się na wspomnienia.

 

Emeryt, mocno poturbowany przez życie, nie ma pojęcia, co teraz dzieje się w Warszawie. Jakiś konflikt o Trybunał Konstytucyjny, jakiś Rzepliński, jakieś czarne marsze kobiet, które za nic mają zabicie własnego dziecka, jakieś protesty w obronie demokracji, przepychanki – fizyczne – w Sejmie i pod Sejmem. Gdyby zapytał go ktoś z bliskich, o co tam chodzi, nie potrafiłby nic powiedzieć. Nie interesuje go to, uważa, że wszyscy oni tam, zarówno rządzący, jak i opozycja, są po jednych pieniądzach.

Kiedy słyszy wezwania do obrony demokracji, przypominają mu się jego osobiste doświadczenia. Bunt robotników na Wybrzeżu i powstanie NSZZ Solidarność odebrał jako osobistą szansę. Ukończył wydział górniczy Politechniki im. Pstrowskiego w Gliwicach (obecnie Politechnika Śląska) ale zawsze marzył o pracy dziennikarskiej. Był bowiem, i nadal jest, ciekawy świata. Chciał być blisko ważnych wydarzeń, jednak wrodzona prostolinijność nie pozwalała mu zapisać się do Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej (PZPR), co było wówczas warunkiem otrzymania jakiegokolwiek ciekawszego zajęcia, a już dziennikarstwa w szczególności. W czasie studiów mocno zaangażował się w gliwickim oddziale redakcji Tygodnika Studenckiego „Politechnik”, wydawanego przez rektora Politechniki Warszawskiej, ale później, po skończeniu studiów… klops. Nie miał żadnych szans na uprawianie dziennikarstwa.

Nic dziwnego, że powstanie Solidarności potraktował jako osobistą szansę. Strajki na Wybrzeżu zastały go w Austrii. Po powrocie do kraju, jeszcze trochę łamał się ze sobą, bo  – co tu ukrywać – bał się, ale w końcu się przełamał i zgłosił do Jacka Jagiełki z Międzyzakładowego Komitetu Strajkowego (MKS) Huty Katowice, który miał już wówczas siedzibę w pałacyku przy ul. Stalmacha w Katowicach z propozycją pisania do wydawnictw związkowych. Ten mu odpowiedział, że mają bardzo dobrych publicystów, bardzo dobrze redagujących biuletyn „Wolny Związkowiec”, więc dziennikarzy nie potrzebują. Zaproponował emerytowi redagowanie i nagrywanie na kasetach audycji dla Związku. Emeryt zebrał wtedy kilku kolegów i nagrał jedną albo dwie audycje i znalazł ludzi, którzy mu to przegrali na kilkadziesiąt, a może nawet kilkaset – nie pamięta już – taśm. Potem je rozprowadzano w pałacyku przy ul. Stalmacha.

Korzystając ze znajomości wśród działaczy związkowych w górnictwie, daremnie próbował zahaczyć w jakimś wydawnictwie związkowym w kopalniach. Było ich dużo, ale chętnych do pisania jeszcze więcej. Szansa pojawiła się dopiero w drugiej połowie 1981 r., kiedy odbyły się pierwsze powszechne w związku i w miejsce pięciu Międzyzakładowych Komitetów Strajkowych powstał jeden wspólny Zarząd Regionu Śląsko-Dąbrowskiego w Niezależnego Samorządnego Związku Zawodowego (NSZZ) Solidarność. Na jego czele stanął Leszek Waliszewski z MKS Tychy, a jednym z zastępców został kolega emeryta z Duszpasterstwa Akademickiego Andrzej Szyja. Andrzeja Rozpłochowskiego z MKS Huty Katowice, który był pewny, że stanie na czele śląsko-dąbrowskiej Solidarności o mało szlag nie trafił. Próbował zorganizować przewrót, ale na całe szczęście nie znalazł dość zwolenników.

Emeryt bardzo chciałby móc nazywać Andrzeja Szyję, z Solidarnosci Huty Ferrum,  swoim przyjacielem, bo był to człowiek wyjątkowo szlachetny i reprezentował podobny co emeryt światopogląd. Nie wie jednak, czy mu wolno. Pomagał mu redagować pierwsze numery „Dziennika Związkowego”, ale potem go zostawił. Wiesiek Asman z Niezależnego Zrzeszenia Studentów Uniwersytetu Śląskiego, który wygrał konkurs na redaktora naczelnego „Tygodnika Katowickiego”, oficjalnego organu zarządu regionu, zaproponował mu stanowisko sekretarza redakcji i etat. Praca w tygodniku wydała się ciekawsza. Po dwóch miesiącach pracy z gazetki powielanej na offsecie, zrobili popularne pismo, drukowane w nowoczesnej drukarni na Wełnowcu w nakładzie 80 tys. egzemplarzy.

W stanie wojennym emeryt drukował i roznosił ulotki, które otrzymywał od Jerzego Łoika, działacza Solidarności z Gliwic. Redagowali je w trójkę, J. Łoik, dr Ryszard Kuszłeyko i prof. Jerzy Buzek. Wkurzało to emeryt, bo uważał, że te ulotki nie są warte, żeby się dla nich narażać. Oni redagowali je przy herbatce, nic nie ryzykowali, bo w razie czego zawsze zdążyliby rękopis podrzeć, a emeryt z  kolegą mogli za nie beknąć. W tych ulotkach nie było żadnego pomysłu, żadnej nowej idei – tylko samo podbijanie emocji, czego emeryt nigdy nie lubił. Utrzymywał się wtedy z roznoszenia mleka. Kolega próbował go namówić do zaangażowania się w działalność jakiegoś podziemnego zarządu regionu, ale nie miał na to dość odwagi. Wykręcał się, mówiąc, że na wojnie nie mogą być sami generałowie, potrzebni też są szeregowcy i kaprale, a on lepiej się czuje w roli kaprala. Raz tylko uczestniczył w jakimś spotkaniu w parku z ludźmi, których nie znał i pamięta, że potem ci obcy ludzie kłaniali mu się tramwajach.

Jakiś centralny podziemny ośrodek kierowania ruchem oporu był wtedy bardzo potrzebny, bo przywódcy, zwłaszcza ci najbardziej radykalni, jak Andrzej Rozpłochowski, „wybrali wolność” i wyjechali. A. Rozpłochowskiego esbek postraszył, że „postawi mu szubienicę” i to wystarczyło. Brakowało w podziemiu kogoś, kto miał autorytet przywódcy, a jednocześnie jakieś pomysły na prowadzenie walki. No i, byłby gotowy zejść do podziemia. Niestety, na Śląsku takich nie było.  

Capnęli emeryta we wrześniu 1982 r. w ramach akcji przeciwko grupie terrorystycznej Solidarności. W areszcie śledczym dopiero z dostarczanych tam gazet zorientował się, iż stał na jej czele. Zimny pot go wtedy oblał. Pamięta, że całą noc nie spał i zastanawiał się, jak to jest, kiedy człowieka wieszają. Opowiadali mu potem koledzy, że o tej „grupie terrorystycznej Solidarności z Katowic” mówiono nawet w ogólnopolskim wydaniu Dziennika Telewizyjnego.

Po kilku tygodniach przesłuchań w Komendzie Wojewódzkiej Milicji Obywatelskiej w Katowicach, którą z racji kształtu tamtejszego aresztu nazywali Pentagonem, przeniesiono go wraz z Wieśkiem Asmanem i kilkoma innymi do „ośrodka odosobnienia dla internowanych” w Zabrzu-Zaborzu.

Kiedy tam kiblował, zginął w wypadku Andrzej Szyja. Są podstawy, by przypuszczać, że go zamordowano. Wyjechał z parafii w Orzeszu-Jaśkowicach, droga była pusta, przez las i nagle proboszcz, który mu pomachał na pożegnanie, usłyszał huk. Znaleźli Andrzeja martwego w rozbitym małym fiacie. Wiesiek Asman wyjechał do Ameryki i podobno popełnił tam samobójstwo. Rzekomo miał wdrapać się w nocy na galerię zamkniętego marketu, aby stamtąd rzucić się na pusty parking. Też trudno w to uwierzyć.

Wiele lat później emeryt odznaczony został Krzyżem Wolności i Solidarności na podstawie samych tylko zapisów z teczki, założonej na niego przez SB.

W 1989 r., po okrągłym stole, emeryt sądził, że nadszedł wreszcie jego czas. Wydawało mu się oczywiste, że redakcję „Gazety Wyborczej” będą budować z takich jak on, ludzi sprawdzonych i doświadczonych w walce, a jednocześnie znających się na redagowaniu czasopism. Niestety, Adam Michnik brał do redakcji jakichś swoich ludzi, nawet nie szukał dziennikarzy, już ich skądś miał. Bardzo to emeryta bolało. Próbował zaczepić w tej gazecie chyba ze dwa razy. Raz w oddziale w Katowicach, gdzie mu kazali napisać kilka informacji, ale potem tak mu zaczęli je poprawiać, że machnął ręką. Drugi raz, kilka lat później w Opolu, kiedy znowu znalazł się bez pracy, redaktor oddziału, wysoki szczupły, o nazwisku zaczynającym się na „F” na samym początku oświadczył mu: „Będzie Pan ostatnim człowiekiem, którego zatrudnię w tej redakcji”. Emeryt widział go pierwszy raz na oczy.  Musiał emeryta skądś znać, ale za co go nie lubił, emeryt nie wie, może tylko podejrzewać.

Emeryt sądził, że jego atutem jest wykształcenie górnicze, jak również doświadczenie z pracy w górnictwie oraz kontakty z działaczami pierwszej górniczej Solidarności. Po wyborze Tadeusza Mazowieckiego na premiera był wręcz przekonany, że już nadszedł jego czas. Przecież będą musieli rozpocząć dialog z górnikami – myślał sobie – będą musieli stworzyć jakąś gazetę, aby do nich dotrzeć. Kiedy więc na rzecznika prasowego ministerstwa górnictwa (o ile dobrze pamięta nazwę ministerstwa) mianowano Jarosława Szczepańskiego, który o górnictwie nie miał zielonego pojęcia, emeryta o mało szlag nie trafił. Zamknął się w sobie i odtąd zajął się już tylko prywatnymi sprawami. Potem był świadkiem, jak z niebytu wyłonił się redaktor Tomasz Lis. Z niebytu, gdyż o jego wcześniejszej twórczości nic nie słyszał. Potem jeszcze, a może wcześniej, w telewizji zaczęła brylować Monika Olejnik.

Zrozumcie więc emeryta, że teraz, kiedy ci ludzie zaczynają toczyć „walkę o demokrację”, to on pyta – o jaką demokrację? Czy tę z twarzą Adama Michnika, Tomasza Lisa i Moniki Olejnik? Jeśli tak, to on taką demokrację ma głęboko w d..pie. 

 

 

KOMENTARZE

  • to przykre
    UB, SBckim śmieciom wydawało się że będą zawsze wszystko wiedzieć o nas a my o nich nic, ale stołki im się pod dupami zapaliły i wszystko widać jak na dłoni kto jest kim, zamiast jednak odejść we wstydzie w cień to jeszcze mają czelność ujadać
  • @WandalVeni 19:53:03
    Jesteś jakby idealistą?...

OSTATNIE POSTY

więcej

ARCHIWUM POSTÓW

PnWtŚrCzPtSoNd
    123
45678910
11121314151617
18192021222324
252627282930