Gorące tematy: Wolni i Solidarni Smoleńsk Zostań BLOGEREM! RSS Kontakt
Uwaga! Wygląda na to, że Twoja przeglądarka nie obsługuje JavaScript. JavaScript jest wymagany do poprawnego działania serwisu!
49 postów 390 komentarzy

Refleksje zrzędliwego emeryta

PiotrZW - Ślązak, katolik, socjalista

Zmarł o. Karol Meissner, benedyktyn,

ZACHOWAJ ARTYKUŁ POLEĆ ZNAJOMYM

jeden z kilku ludzi, którzy w sposób zasadniczy ukształtowali moją postawę życiową. Człowiek wielkiej mądrości i niezwykle skromny jednocześnie.

Miałem szczęście wysłuchać kiedyś jego zamkniętych rekolekcji dla dominikanów, a także spędzić z nim kilka godzin na rozmowie w pociągu do Lubinia. Był to czas, kiedy szukałem swojej drogi życiowej. Opowiadałem mu trochę o sobie. Podpowiadał mi wstąpienie do klasztoru benedyktynów, jako rzekomo najlepsze dla mnie rozwiązanie. Nie posłuchałem go.
Pochodził ze znakomitej rodziny, zaprzyjaźnionej z Romnem Dmowskim. Matka jego była córką znanego filozofa i działacza narodowego Wincentego Lutosławskiego. O niezwykle ciekawym życiu lubińskiego dowiedziałem się dopiero teraz, z wywiadu dla „Archiwum historii mówionej”, do którego link znalazłem, czytając wspomnienia o nim. Niżej zamieszczam najciekawsze, według mnie, fragmenty, ale polecam przeczytanie całości. Rewelacyjne rzeczy. Tego, co mówił o Bolesławie Piaseckim nie znajdziemy nigdzie indziej.

 
Tajne nauczanie

(...)W czasie okupacji byłem uczniem tajnego nauczania organizowanego przez grono nauczycieli Gimnazjum i Liceum Towarzystwa Ziemi Mazowieckiej – tak się to nazywało – przy Klonowej 5. Ci nauczyciele zorganizowali tak zwane komplety. Była to bardzo wielka akcja. Nauczyciele nie chcieli, żeby się młodzież włóczyła po mieście, wobec tego myśmy się gromadzili w kompletach. To były grupy młodzieży mniej więcej od ośmiu do dwunastu osób w mieszkaniu, do którego według harmonogramu lub rozkładu lekcji przychodzili nauczyciele na lekcję przedmiotu. W moim przekonaniu to była bardzo ciekawa forma kontaktu nauczyciela z uczniami. Chciałbym bardzo, żeby dziś takie formy nauczania były, bo ta forma nauczania to jest coś zupełnie niezwykłego. 
Jednocześnie wszyscy musieli pracować. Nie mogło być szkół średnich. Wszyscy, którzy ukończyli szkołę podstawową, musieli pracować. Pracowałem, miałem dokument pracy w Czerwonym Krzyżu jako goniec roznoszący korespondencję, która przez Czerwony Krzyż szła od ludzi z armii polskiej na Zachodzie do krewnych czy bliskich w Warszawie. To były specjalne formularze, to szło nie przez pocztę, tylko przez gońców. Myśmy musieli roznosić korespondencję po Warszawie. Nieraz były to rzeczy smutne, bo się przychodziło do domu, który był zbombardowany w 1939 roku, czy do osób, które już nie żyły. 
Oprócz tego musieliśmy się też uczyć zawodowo.
(...)

Powstanie warszawskie

(...) Co do Powstania, przez moich kuzynów, którzy byli bardzo zaangażowani w pracę konspiracyjną, rzeczywiście wiedzieliśmy, że do Warszawy zostaje sprowadzana broń. Chłopaki nocami nosili broń spoza Warszawy. Znacznie później, już po końcu wojny, kiedy mój ojciec wrócił z zagranicy – ojciec był w Londynie członkiem Rady Narodowej Londyńskiej, był przewodniczącym komisji wojskowej tej rady – nie chciał nic mówić, co było w czasie wojny. Przypuszczam, że wróciwszy w 1946 roku bał się tego, co może być, bo był w randze majora, a wiadomo było, co się działo z tymi, którzy wracali do kraju, jak byli traktowani. Tylko mi powiedział, że Warszawa była przewidziana w planach operacyjnych jako otwarte miasto, że wobec tego było specjalne zalecenie, żeby nie gromadzić w Warszawie broni. Ojciec przywiózł ze sobą kopię posiedzenia komisji wojskowej Rady Narodowej z generałem Kukielem. W Londynie zapytywali Kukiela, jak to jest z Powstaniem, przecież miało być to miasto otwarte. Pytali, czy to jest uzgodnione. Kukiel mówił, że nic nie wiadomo, żadnych uzgodnień nie było. Ojciec mi powiedział to, że decyzja o Powstaniu czy pomysł Powstania był pomysłem generała Sosnkowskiego, który nie chciał, żeby decyzja o Powstaniu wychodziła z Anglii. Dlatego generał Sosnkowski udał się specjalnie z jakąś wizytacją do Włoch, do Andersa. Postanowili z Okulickim, że Okulickiego wysyłają do Polski z poleceniem przygotowania Powstania w Warszawie. To było parę miesięcy przedtem, ale trzeba było sprowadzić broń do Warszawy. Pamiętam z Powstania, że moi koledzy szkolni, [którzy] potem jako ranni w szpitalu byli, mówili, że jak zaczynali Powstanie, w oddziale był jeden karabin, dwa pistolety. Dopiero potem [broń] gdzieś zdobywali po kolei. To są dramatyczne rzeczy. Mogę powiedzieć tylko – pewnie historycy coś więcej wiedzą – to, co mi mówił ojciec, że ta rzecz nie była przygotowana. 

Roman Dmowski

Mój ojciec, rocznik 1879, był zaangażowany w pracę polską na terenie zajętym przez Prusy. Był w Lidze Polskiej, która istniała w też Polsce, związana była z myślą Popławskiego, Dmowskiego. Bardzo był czynny na terenie Poznania. Jak Dmowski po podpisaniu traktatu wersalskiego przyjechał do Poznania, mój ojciec gościł Dmowskiego, u którego bywał często w Chludowie, bo Dmowski kupił małą resztówkę w Chludowie pod Poznaniem. To Chludowo pamiętam, Dmowskiego pamiętam. Tak że ojciec był, mogę powiedzieć, bliski Dmowskiemu. Natomiast – wydaje mi się – ubolewał, że Dmowski nie miał talentu do dobierania ludzi. Byli bardzo wartościowi ludzie w całej ekipie, ale potem jakoś nie było pomysłu na Polskę. Był pomysł na Polskę, jak się było w niewoli, ale potem, jak Polska już była, to [nie było pomysłu]. (...) [Dmowski to był] Bardzo miły człowiek, pełen humoru, dowcipny, inteligentny. Lubił nas, otoczony młodzieżą, zwłaszcza u moich kuzynostwa Niklewiczów, u których żył.
(...) Polska to nie było hasło, to była rzeczywistość, w której żyjemy. Tekst Dmowskiego, który pamiętam jako chłopak, z „Myśli nowoczesnego Polaka” – „Jestem Polakiem”. Myślę, że to jest bardzo cenny literacko tekst. Jestem Polakiem. Co to znaczy, że jestem Polakiem? Jestem odpowiedzialny za wszystko, co w Polsce jest wielkie, ale też za wszystko, co w Polsce jest haniebne. Z tego punktu widzenia, co mnie ogromnie razi, widzę wielkość Niemców w tym, że potrafią wziąć na siebie odpowiedzialność za Hitlera. Jak się jedzie do Niemiec, to wszyscy wiedzą, że Hitler to jest ich Hitler. Nikt z nas w Polsce… Nie widzę, żeby [ktoś] brał odpowiedzialność za czterdzieści lat. To byli Polacy. Czy nie jest prawdą, że UB to byli Polacy? To byli Polacy. W oczywisty sposób dwa miliony członków partii to byli Polacy. Nikt z nas tego nie bierze… Uważam, że to jest moja rzeczywistość, jestem za to odpowiedzialny. To jest rzeczywistość, w której żyłem, i trzeba się do tego przyznać. To jest w tej chwili małość polskości, która u nas jest, że nie potrafimy wziąć na siebie odpowiedzialności za historię. A to była myśl nowoczesnego Polaka, że wszystko, co haniebne, też obciąża mnie osobiście.

Socjalizm, faszyzm, liberalizm

(...) Jeżeli ktoś poczyta Dmowskiego, zobaczy, jak to jest napisane, co to jest definicja faszyzmu. To jest zastosowanie metody dyktatury proletariatu do celów nacjonalistycznych. To jest definicja faszyzmu Dmowskiego. Czyli to jest taki sam socjalizm, jak gdyby w swoim nurcie dyktatura proletariatu. Dzisiaj wszyscy liberałowie myślą kategoriami stalinowskimi o roli państwa. To nie jest żaden liberalizm, to jest po prostu przedstawianie państwa jako wroga obywatela. Przeciętny obywatel polski myśli, że państwo jest jego wrogiem, dlatego że państwo to jest aparat przemocy większości nad mniejszością. To jest definicja stalinowska. Takimi kategoriami myśli współczesny człowiek, który uważa się za demokratę. Dla mnie jest to nie do pomyślenia, to jest myślenia. Po prostu ludzie nie czytają, nie myślą. Myślą hasłami. 

Bolesław Piasecki

(...) To był nasz dramat, myśmy przeżywali to, co było w Teheranie. To było tajne, ale jednak przeniknęło, myśmy wiedzieli, że w Teheranie postanowiono nas sprzedać. Myśmy wiedzieli o Jałcie. Na tym tle bardzo ciekawie wygląda mi postać Piaseckiego. Też rozmaite rzeczy się o nim mówi. Rozmawiałem po wojnie – to dotyczy właśnie tej rzeczy, o której mówimy – z bliskim współpracownikiem Piaseckiego. (...) Miałem rekolekcje w Warszawie. Przyszedł na rozmowę, dowiedział się. Okazało się, że miałem dwóch przyjaciół, którzy byli w Konfederacji Narodu. To go przekonało do mnie (...) powiedział, że po Jałcie Piasecki ich zebrał i powiedział im: „Masoneria dokonała nowego podziału Europy. Nas przypisano do Rosji, nie mamy na to żadnej rady. Zniszczą nas”. Wtedy kazał im uczyć się po rosyjsku, kazał im czytać Marksa. (...)
Pytałem go, dlaczego w takim razie Piasecki miał takie możliwości w tej rzeczywistości. On mi tego nie powiedział, ale ktoś inny mi powiedział. Wiem, kto mi to powiedział, ale to jest już obojętne. Chodzi mi o to, że jeżeli ta rzecz nie jest prawdą, to jest dobrze wymyślona. Piasecki ze swoją Konfederacją Narodu miał swoje centra w okolicy Białowieży, w Białostockim. Ponieważ tam też był ośrodek niemieckiego szpiegostwa na Rosję, oni zdobyli w jakiś sposób listę agentów niemieckich w wojsku rosyjskim. Wtedy, kiedy Piaseckiego w Lublinie chciano wykończyć, powiedział, że ma taką listę, ale że wyda ją tylko dowódcy osobiście. Spotkał się wtedy… Czy to był Żukow, czy Koniew, któryś z dużych dowódców go przyjął. Powiedział, że ma taką listę agentów, którą zdobył, ale wyda ją samemu Stalinowi. Wtedy, to jest faktem, przetransportowano go samolotem do Moskwy. Właśnie o to chodziło. On Stalinowi tę listę [dał], Stalin mu powiedział: „To ty jesteś rzeczywiście nasz druzja”. Okazało się, że w tej liście było 1600 agentów i to byli sami Żydzi. Od tej chwili rozpoczął się cały ruch antysemityzmu. Nie dziwię się Żydom, bo im powiedziano, że ochronią ich rodziny czy coś takiego. W każdym razie od tej chwili Stalin stracił zupełnie zaufania do Żydów i cała historia się zaczęła. Piasecki miał glejt przyjaciela. Ta lista została odnaleziona, sprawdzona. 

W szpitalu

(...) Nasza praca polegała na tym, żeby roznosić jedzenie. Jedzenie było bardzo proste. Niektórzy jeszcze mieli jakieś skromne zapasy, to się żyło tym. Następnie po prostu ściągano jęczmień z browaru „Haberbusch i Schiele”, były duże magazyny. Gotowano jęczmień jako „pluj” zupkę, to taka kasza. To był posiłek. Nas do roznoszenia tego [wykorzystywano]. Trzeba było znosić [rannych], czasem były jakieś zabiegi sanitarne czy operacyjne na parterze, była salka operacyjna. Mój stryj dokonywał nieraz nawet poważnych operacji. Był stomatologiem. Jak trudne operacje były, do niego kierowano: zapalenie szpiku kostnego, żuchwy. Pamiętam, była jakaś taka rzecz, trudną operację wykonał. Jedyne znieczulenie, jakie było, to chlorkiem etylu. To było bardzo trudne, niebezpieczne. 

Chlorek etylu jest silniejszy niż chloroform. Dawało to troszkę oszołomienie, ale też i bólu, tak że w tym sensie. Nie było innych środków znieczulających. Dali jakieś szczękowe, zrobił wyciąg na dolną szczękę u kogoś, kto miał pogruchotaną szczękę. Dokonywano potem operacji amputacji, szycia ran. Wyzyskiwano stan wstrząsu chorego, bez żadnego znieczulenia szyto, bo po prostu w tym wstrząsie czucie jest mniejsze. Ponieważ były bombardowania, sale przeniesiono do piwnicy i chorych z góry wszystkich umieszczono w piwnicy, gdzie bardzo gęsto leżał jeden koło drugiego. Nas zaangażowano do noszenia wody, przecież woda się skończyła mniej więcej – tak jak i prąd elektryczny – w połowie sierpnia. Tak że przez następne sześć tygodni miasto było bez prądu i bez wody.
Wodę żeśmy czerpali ze studni. Nasz szpital miał wyjście w ramach przechodzenia między domami. Na Wilczej, w sąsiednim domu była studnia na podwórzu. Do tej studni chodziło się po wodę. Woda nachodziła powoli i był cały ogonek ludzi, który stał, czekając na wodę ze studni. Nas jako sanitariuszy – byliśmy w fartuchach – jednak ludzie przepuszczali, żebyśmy mogli wody nabrać. To była niesłychana ofiarność tych ludzi. To co było niewątpliwe wtedy, co widziałam, to ogromna zwartość i solidarność społeczeństwa. Czuło się, że to jest rzeczywiście jedność. Żeśmy nosili wodę. Każdy z nas jako sanitariusz dostawał jedną szklankę wody dziennie na to, żeby się umyć. Brało się wodę do ust, troszkę się pluło tą wodą na ręce, żeby troszkę umyć ręce. Były operacje na dole w piwnicy, prowadzone przy świeczkach, w warunkach sanitarnych… Jak dziś patrzę, że wszystko musi być według standardów, to nikt nie ma pojęcia, że można było w takich warunkach dokonywać operacji. Nie pamiętam, żeby u nas dokonywano operacji brzusznych, ale nie wykluczam, że było parę takich operacji. Natomiast co chciałbym powiedzieć, to nazwiska lekarzy, którzy wtedy byli, mimo że pewno są gdzieś pisane: zastępcą ojca Alfreda był pan doktor Stasiak. 

Szlachetny stryj

(...)Był ranny policjant niemiecki, z brązowej policji Schutzpolizei, porządkowej policji, który – jak mówiono potem – na czołgu jechał w ataku od Sejmu, ulicą Piękną ku Mokotowskiej. Któryś go ostrzelał, wzięli go nasi do niewoli. Miał rękę uszkodzoną, rękę mu odjęto, rozwinął się u niego tężec. W tej sytuacji przeniesiono go z Mokotowskiej 55 do naszego szpitala. Jedyną radą na taki rozwijający się tężec wówczas było danie masywnej dawki szczepionki przeciwtężcowej. Ale trzeba było dać tego dużo, a myśmy nie mieli tego dużo, bo jedyne zaplecze farmakologiczne czy farmaceutyczne to było to, co było w aptekach. Niedaleko, na Wspólnej była duża apteka. Wtedy lekarze młodsi mówili: „Trudno, będziemy widzieli, jak on umiera na tężca, natomiast tę szczepionkę zachowamy, żeby w mniejszych dawkach można było dawać naszym zranionym żołnierzom”. Natomiast stryj, jako major powiedział: „Panowie, jesteśmy szpital i mamy rannych. Mamy taki wypadek, dajemy całą dawkę, jaką mamy”. Dano temu policjantowi całą dawkę i wyszedł z tężca. Dziś rzadko się widzi tężec, ale wtedy pamiętam naszych rozmaitych rannych, którzy umierali z powodu tężca. Nie wiem nazwiska. Spisywaliśmy jakieś, myślę, że gdzieś te księgi są, bo kazano nam księgi [prowadzić], mnie też zaangażowano do spisywania nazwisk tych ludzi. Gdzieś taka księga może być w archiwach, które pewno są. Być może jego nazwisko jest. Pamiętam, że był z dolnych Łużyc, Niederlausitz. Troszkę do niego po niemiecku mówiłem. Pamiętam, jak po Powstaniu już przychodzili Niemcy i przejmowali nasz szpital. On zgłosił się do nich, że był ranny, że był ratowany, uratowano go od tężca. Dał świadectwo, jak był traktowany, Niemcom, którzy obejmowali nasz szpital jako szpital powstańczy. 

Doświadczenie przemijalności

(...) Z naszej grupy dziesięciu, którzy uczyliśmy się razem, tylko trzech przeżyło. I ta straszliwa przemijalność wizji Polski! Myśmy jednak w czasie wojny, w czasie Powstania, żyli Polską, którą znaliśmy z dzieciństwa. Polska szkoła, wszystko, Polska była rzeczywiście wartością bardzo istotną dla nas. Ta Polska się zawaliła, bo to, co było potem, to wszystko, co dla nas było wielkie, okazało się, że jest do niczego. Co więcej, my, którzy takimi ideami żyliśmy, jesteśmy wrogami tej rzeczywistości. To dla mnie jest przemijalność świata.
Pamiętam wrażenie, jak ktoś z najbliższych mi osób opowiadał o świętym Franciszku Borgiaszu. To był Hiszpan, wielki kanclerz królestwa. Umarła królowa, którą bardzo kochał. Jako kanclerz musiał stwierdzić tożsamość zwłok. Z Madrytu przewieziono zwłoki do Toledo, grzebało się królów i ten wielki kanclerz… Otwarto trumnę. Rozkładające się zwłoki rozpoznaje jako zwłoki królowej. Stwierdził urzędowo, że to jest królowa, następnie obrócił się do swoich towarzyszy, powiedział: „Nigdy więcej nie będę służył królowi, który mógłby mi umrzeć”. Pamiętam, na młodym chłopaku to robiło ogromne wrażenie – ten człowiek, ta przemijalność świata. Myślę, że to w moim życiu miało znaczenie. (...)
 
Sens Powstania

Miałem profesora teologii dogmatycznej, ksiądz Andrzej Zuberbier. On nam mówił, że jeżeli jest jakaś dyskusja teologiczna, gdzie są bardzo ostre, sprzeczne opinie, to najprawdopodobniej pytanie jest źle postawione. To samo dotyczy pytania o cel Powstania, dlatego że to, co widzimy siedemdziesiąt lat po Powstaniu, może mogli zobaczyć wtedy tamci ludzie, ale nie dziwię się, że nie dostrzegli. Jest ciekawa książka o Powstaniu, sięgnąłem po przyczyny Powstania. Myślę, że są nieprawdziwie przedstawione rzeczy, nawet w zeznaniach generałów.
 

Było powiedziane, że oni myśleli o czymś. W świetle tego, co wiem z konspiracji… Mój wuj był bardzo blisko, Jankowski to był [jego] bliski znajomy. Osobiście nie znałem Jankowskiego, znałem innych ludzi, znałem Jasiukowicza, znałem osobiście innych z naczalstwa podziemnego kraju. Pełczyński, jego zeznania – zupełnie mi to nie pasuje. Gdzie on to widzi, że nikt o tym tak nie myślał… Powstanie według świadectwa mojego ojca, jako przewodniczącego komisji wojskowej, nie mogło być, bo nie było tutaj przewidziane. Powstanie zostało wprowadzone z zewnątrz. Przypuszczam – to mówił Połczyński – że wszyscy byli absolutnie pewni, że Rosjanie wejdą, przyjdą i będą [szli] dalej. Nikt nie przewidywał tego, że Rosjanie mogą się zatrzymać. W moim przekonaniu to był wielki błąd myśli politycznej. 

(...) Niemców w Warszawie nie było, była prosta sprawa. Jak Niemców w Warszawie nie ma, to trzeba Warszawę objąć. Prosiło się o to, bo naprawdę Niemcy wyjeżdżali z Warszawy w ostatnich dniach lipca, tak że Warszawa była opustoszała. Coś mieli w Sejmie, Flakartillerie na początku Puławskiej. (...) Nie zabieram głosu, czy to miało sens, czy nie miało sensu. Co mówić o faktach, jak zdarzył się fakt? To był fakt. Oceniać nie możemy, czy to miało sens, czy nie miało sensu, bo nie mamy żadnego wpływu na to, żeby to było czy nie było. (...) W każdym razie jest to fakt, który w moim przekonaniu, w doświadczeniu narodu – będą się ludzie gniewali, że mówię „naród” – ma swoje miejsce i ma swoje znaczenie. To znaczenie jest generalnie pozytywne, niezależnie od tego, co mówią specjaliści. Doświadczenie Powstania w życiu narodu ma wpływ pozytywny.

Oczywiście, że mamy tendencję do rocznicowania klęsk, to jest nasza polska specyfika. W tym sensie można by tylko uśmiechnąć się, powiedzieć: „Słuchajcie, macie też wiele pozytywnych rzeczy, nie potrzeba klęsk”. Są doświadczenia niewątpliwego zwycięstwa, które nie są manifestowane. Jest manifestowany 11 listopada, który w gruncie rzeczy jest manifestacją klęski, dlatego że z dobrodziejstwa Prusaków powstaje w Warszawie coś. Co? Natomiast 28 czerwca nie jest żadnym świętem, chociaż wtedy Polska powstaje jako państwo w ramach Europy. Mamy takie bardzo dziwne upodobania, to nasza narodowa cecha, która jest też moja. Muszę się do niej przyznać, uśmiecham się do niej. (...)

Pytania zadawał Grzegorz Hanula

Za: http://www.1944.pl/archiwum-historii-mowionej/ojciec-karol-meissner,2657.html 

KOMENTARZE

  • @ Autor
    Dzięki za interesujący wpis.

    Ciekawe czy to prawda z tą listą agentów niemieckich i z Piaseckim...Historia wprost niesamowita.

    A co do bohatera wpisu... niech mu ziemia lekką będzie.
    Szkoda, że tacy ludzie odchodzą - powinni ciągle dzielić się swą wiedzą.

    5*

OSTATNIE POSTY

więcej

ARCHIWUM POSTÓW

PnWtŚrCzPtSoNd
     12
3456789
10111213141516
17181920212223
24252627282930
31